Jak napisać książkę, czyli historia macierzy Eisenhowera.

Obraz Gerd Altmann z Pixabay 

Jak napisać książkę?

To był jeden z tych dni, kiedy znowu zaczęłam się zastanawiać, jak napisać książkę. Od lat żyłam zasypana stertą zadań. Trudno było mi nawet utrzymać porządek na biurku. Po prostu nie dawało się go posprzątać. Uśmiechnięta szeroko ćwiartka macierzy Eisenhowera z wielkim napisem na koszulce: “nieważne i pilne” siedziała na nim od lat. Rozparta szeroko zasłaniała mi monitor i od niechcenia bawiła się klawiszami “backspace” i “delete”. Znałyśmy się już tak dobrze, że nadałam jej imię (Marzenka), a czasem pytałam, co zjadłaby na obiad.

Tego dnia postanowiłam wykonać jakiś ruch. Może dlatego, że to był styczeń, miesiąc postanowień, planów i map marzeń.

-Skoro i tak nie pozwalasz mi pisać, zabiorę się za porządki. Pozbieram wszystkie materiały, z których miałam korzystać przy pisaniu książki i ułożę je na półkach albo je po prostu wyrzucę. Obydwie wiemy, że z moją książką będzie jak zwykle. Co Ty na to?

Czy ja naprawdę gadam do Marzenki? Nie jest dobrze. Zerwałam się z krzesła, złapałam stertę papierów kurzącą się na biurku i zdecydowanym ruchem wrzuciłam ja do kosza na papier. Długopisy wrzuciłam do kubka po kawie…

Kiedy już wyczyściłam wszystkie długopisy z fusów, zaczęłam po kolei brać do ręki książki, które miały mi pomóc w napisaniu własnej. Niektóre były mocno zużyte, inne nie zostały nigdy otwarte. Wszystkie łączyło jedno- gruba warstwa kurzu. Delikatnie przetarłam je ściereczką i między jednym atakiem kaszlu a drugim zaczęłam wkładać je na półkę.

Po kilku minutach biurko zrobiło się puste (nie licząc Marzenki uparcie stukającej w klawisz “delete”).

Podeszłam do półki, na której przed chwilą ułożyłam wszystkie poradniki. Piękne kolorowe oprawy układały się we wszystkie kolory tęczy.

-Chciałabym móc kiedyś odłożyć tam własną książkę- westchnęłam.

-Przecież możesz. Zawsze.

Rozejrzałam się, nie wierząc własnym uszom.
Cichutki głos wydobywał się z książki.

-Musisz tylko założyć okulary.
-Przecież noszę okulary. Zmieniam oprawki co dwa lata, zwiększam moc szkieł…
-Nie takie.
-Przeciwsłoneczne? Mam jedną parę, ale nie lubię ich zakładać. Robię to tylko wtedy…
-Nie takie.
-Skoro już do mnie mówisz, powiedz coś więcej, zanim opowiem o tym psychiatrze.
-A posłuchasz?
-Posłucham.
-Usiądź wygodnie, wyłącz telefon i zamknij oczy.
-Nie mogę wyłączyć telefonu, przecież jestem w pracy, może dzwonić klient…

-Naprawdę nie mogę tego zrobić.

-No dobra, już wyłączam.
-Siedzisz?
-Siedzę.
-Zamknij oczy.

-Wyobraź sobie, że masz na nosie kolorowe okulary…

-Różowe?
-Zawsze myślicie najpierw o różowych. Każdy by chciał, a potem nie wie, jak ich używać…
-To może czerwone, jak tytuł książki, która do mnie gada?
-To mój kolor, ale Ty też możesz go wybrać.

-Wybierasz czerwone okulary?

-Nie wiem.
-No to jakie?
-Sama wiesz…
-Nie wiem.

-Naprawdę nie wiem.

-Jakie okulary są najlepsze dla autorów książek?

-No dobra, spróbuję. Wybieram zielone.
-Dlaczego zielone?
-Lubię zieleń, spacery, ogrody…
-Twoje ogrody są zielone?
-No nie całkiem. Rosną tam piękne kwiaty, czerwone, fioletowe, żółte i białe…
-To dlaczego ograniczasz się tylko do zieleni?

-Przecież nie założę okularów we wszystkich kolorach tęczy. Co wtedy zobaczę?
-Ty nic. Za to inni ludzie zobaczą w Tobie wszystkie te kolory.

-A co z książką?
-Przecież ona właśnie się pisze…

Nagle dręczące stukanie w klawiaturę umilkło. Zapadła kompletna cisza.

Odwróciłam się w stronę biurka i aż usiadłam z wrażenia.

Marzenka zniknęła…

Podobało Ci się? Chcesz napisać książkę? Nie wiesz, jak zacząć?

Zobacz, jak przełamać blokadę twórczą.

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *